Jerzy Bończak
Jerzy Bończak. Fot....

Jerzy Bończak: Nie jestem lękliwy

10-13-2014

Urodził się 29 lipca 1949 roku w Bieżuniu. Warszawską PWST ukończył w 1971 roku. W latach 1971–1972 występował na deskach Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie oraz w warszawskich teatrach: Rozmaitości (1972–1982), Nowym (1982–1990), Kwadrat (1990–1999). Z żoną Ewą ma dwoje dorosłych dzieci: Annę i Piotra.

Swoją karierę przed kamerą rozpoczął Pan od… występu gościnnego!

Gościnnego?

Mam na myśli rolę w filmie „Gościnny występ”.

Rzeczywiście, był taki film, ale zarówno ja, jak i reżyser i producent szybko chcieliśmy o nim zapomnieć. Dlatego byłem zaskoczony, że pan o nim wie. Był on bardzo krytycznie oceniony przez komisję dopuszczającą filmy do dystrybucji. Także w zasadzie możemy się umówić, że tego filmu w ogóle nie było (uśmiech). Ale może dobrze, że tak się stało, bo na początku drogi ten film uświadomił mi, że aktorstwo wiąże się nie tylko ze wzlotami. Na szczęście już kolejne realizacje, w których wziąłem udział, a przede wszystkim działalność teatralna, spowodowały, że nie mam tak naprawdę czego żałować.

Ukończył Pan warszawską szkołę, ale debiutował na deskach teatru w Olsztynie.

Zgadza się. Angaż podpisałem jeszcze przed uzyskaniem dyplomu i zaraz po nim wyjechałem do Olsztyna na dziesięć miesięcy. I dobrze się stało, bo mój pierwszy wyjazd z tymże teatrem na festiwal zaowocował z kolei propozycją pracy w warszawskim Teatrze Rozmaitości. Od tamtej pory jestem związany ze stolicą, ale nadal dzielę swój czas między Warszawą a Olsztynem, bo tuż pod nim mamy z kolei domek letniskowy.

Od 15 lat nie jest Pan związany etatowo z żadną sceną.

Jestem wolnym strzelcem. Bardzo to sobie cenię, bo teraz sam dysponuję swoim czasem i podejmuję decyzję, czy będę pracował w jakimś teatrze, czy nie. Dzięki temu mogłem też zająć się reżyserią teatralną.

W tych sztukach także Pan występuje.

Takie propozycje składali mi dyrektorzy teatrów, do współpracy z którymi mnie zapraszano.

Bo na Bończaka przyjdą tłumy!

Tak pan myśli?

Ja to wiem. Jestem świadkiem. Poza tym proponuje Pan widzom pozycje, przy których można się dobrze ubawić.

Widzowie lubią repertuar komediowo-farsowy. A jeśli chodzi o moją osobę, być może jest tak, że ci, którzy pamiętają mnie z ekranu, przychodzą sprawdzić czy jeszcze żyję (śmiech)!

Jako reżyser i twórca pozostał Pan wierny repertuarowi, z którego słynie Teatr Kwadrat. To właśnie on był Pana macierzystą sceną przez ostatnie dziewięć lat pracy etatowej.

Tak się jakoś złożyło, że z każdym teatrem byłem związany właśnie przez dziewięć lat. Przez ponad 40 lat pracy uczestniczyłem w wielu najprzeróżniejszych formach teatralnych. Ale rzeczywiście, Kwadrat mnie zaszufladkował komediowo. I dobrze, bo w tym gatunku zawsze chciałem pracować. Lubię widzieć na widowni uśmiechnięte twarze i ludzi wychodzących z teatru zadowolonych, zrelaksowanych.

A ta magiczna „dziewiątka? Może wzięła się stąd, że nie lubi Pan jubileuszy albo bał się Pan tego, że znów trzeba będzie postawić kolegom?

Nieee (uśmiech). Z natury jestem w ogóle mało strachliwy. Z kolejnych teatrów odchodziłem zawsze z tego samego powodu. Bardzo mnie stresowało wieczne tłumaczenie się dyrekcji, że nawet mając dzień wolny od spektaklu czy próby, nie będę dyspozycyjny, bo akurat mam dzień zdjęciowy. Decyzję o zrezygnowaniu z etatu podjąłem mając równo 50 lat. Pomyślałem, że to może jest właśnie odpowiedni moment. Choć muszę przyznać, że nie było to łatwe, bo teatr traktowałem jak swój drugi dom. A w większości przypadków stawał się on nawet tym pierwszym.

To rezygnując z etatu, czuł się Pan pewnie tak, jakby żona wystawiła mu walizki za drzwi?

Trochę tak (śmiech). Ale opatrzność nade mną czuwała, bo już miesiąc później otrzymałem propozycję od Marka Perepeczki wyreżyserowania przedstawienia w kierowanym wówczas przez niego teatrze w Częstochowie. Trochę się lękałem, bo nigdy wcześniej nie stawałem po drugiej stronie rampy.

A mówił Pan, że nie jest lękliwy!

Bo nie jestem. Dlatego doszło do tej realizacji (uśmiech). Ale rzeczywiście miałem obawy przed podjęciem się tego zadania, czy dam sobie radę z prowadzeniem zespołu. Na szczęście recenzje były udane i pojawiły się kolejne propozycje.

Żeby było ciekawiej, dorzucił Pan sobie jeszcze rolę producenta.

To daje mi możliwość doboru repertuaru, nad którym mam ochotę pracować. W połowie marca odbyła się premiera muzycznego spektaklu, który jako producent po raz pierwszy oddałem w ręce innego reżysera. Nosi on tytuł „Kochaj albo rzuć”.

Brzmi znajomo.

A więc właśnie. Dlatego wcześniej sprawdziłem, czy tytuł nie jest zastrzeżony. Na szczęście nie był. Są to historie o miłości damsko-męskiej, tragicznej, ale jednocześnie zabawnej, opowiedziane za pomocą piosenek. Na pierwszą część składają się utwory przedwojenne, a drugą uzupełniają melodie powojenne. W przedstawieniu bierze udział trzech panów i dwie panie, ale wszystkie role są dublowane. Na scenie można zobaczyć naprzemiennie: Katarzynę Skrzynecką i Katarzynę Jamróz, Jacka Bończyka i Macieja Jachowskiego, Marcina Trońskiego i Cezarego Morawskiego, Piotra Szwedesa i Przemysława Sadowskiego oraz dwie młodziutkie absolwentki szkoły teatralnej: Paulinę Korthals i Marię Pawłowską. Całość wyreżyserowała Wiesława Szymańska-Niemaszek, aktorka olsztyńskiego teatru. Pierwszą odsłonę zaprezentowaliśmy w domu kultury „Świt” na Targówku, a teraz szukamy gościnnej warszawskiej sceny, na której będziemy mogli pokazać nasz spektakl szerszej publiczności. Mamy też nadzieję zjeździć z nim cały kraj.

Wróćmy do filmu, skoro tak płynnie przeszliśmy do niego poprzez tytuł Pana najnowszej sztuki. „Kochaj albo rzuć” to także ostatnia część trylogii o Kargulu i Pawlaku, w którego wcielił się niezapomniany Wacław Kowalski. Niezapomniana jest także jego rola dozorcy Popiołka w kultowym serialu „Dom”. Nie bał się Pan zagrać Prokopa, który zastąpił jego postać w kolejnych seriach?

Bardzo się bałem, choć – jak mówię – lękliwy nie jestem. Fantastycznie zagrana przez Wacława Kowalskiego bardzo pozytywna rola świetnie zafunkcjonowała w świadomości widzów. Moja, powiedzmy sobie szczerze, była obrzydliwa. Ale pomyślałem sobie, dlaczego nie przyjąć tego wyzwania i nie spróbować obronić tego parszywca. Po długich rozmowach z reżyserem Janem Łomnickim i scenarzystami doszliśmy do wniosku, że da się to zrobić, ośmieszając tego mojego Prokopa. Żeby nie budził on w widzach jedynie wstrętu, ale i wywoływał uśmiech na twarzy. I myślę, że się nam udało. Mogłoby się nie powieść, gdybyśmy na siłę próbowali włożyć mnie w garnitur dozorcy Popiołka.

Skoro o kultowych serialach mowa, nie sposób pominąć „Alternatywy 4”. Skonstruował Pan w nim robota, który niemal pozbawiony twarzy, stał się jednym z bardziej zapamiętanych symboli tej produkcji.

Stworzyli go scenarzyści, ale cieszę się że miałem w tym swój skromny udział (uśmiech).

Był to robot przeznaczony do stania w kolejkach, więc dziś byłby raczej bezużyteczny.

Technologia tak szybko się rozwija. Mamy już roboty, które sprzątają, a nawet rozmawiają ze swoim właścicielem. Pewnie niedługo zaczną nas także przerastać intelektualnie (uśmiech).

Często wywoływał Pan do tablicy Olsztyn, czyli stolicę Mazur – krainę usłaną jeziorami. A wędkowanie to Pana pasja.

I dlatego tam poszukałem swego miejsca. Od mojego domu jest dosłownie 20 metrów do jeziora, także wędkę mógłbym zarzucać z okna.

Trzeba tylko uważać, żeby nie zahaczyć o żyrandol!

To prawda (śmiech). Wędkowanie przez lata było moją wielką pasją. Ale powiem panu, że teraz gdzie by się człowiek nie ruszył, to wszędzie jest coraz mniej ryb. Nie mam już tyle przyjemności, a i cierpliwości, żeby czekać cały dzień aż spławik drgnie. Także ostatnio rzadko wędkuję. Ale cały sprzęt jest i czeka na lepsze czasy.

Jezioro to większy zbiornik wodny. Czuje się Pan wilkiem morskim?

Dokładnie odwrotnie, muszę przyznać, że boję się wody. Kiedy pracowałem w olsztyńskim teatrze, z kolegami spędzaliśmy nad nią każdą wolną chwilę. Któregoś razu, płynąc kajakiem, postanowiłem z niego wyskoczyć i popłynąć wpław. Złapał mnie skurcz i zacząłem się podtapiać. Od tamtej pory nabrałem ogromnego szacunku do zbiorników większych niż wanna.

Jestem zaskoczony. W końcu w „Podróżach Pana Kleksa” zdecydował się Pan nie tylko wejść na statek, ale i popłynąć w niebezpieczny rejs przez bajkowe oceany.

I w dodatku zanurkować w podwodnym królestwie Abecji (śmiech). Wielkie chapeau bas dla Krzysztofa Gradowskiego, który stworzył filmowe „Kleksy”. Te filmy do dzisiaj są chętnie oglądane, także przez moje wnuczki. Szkoda, że dziś nie tworzy się tak fantastycznych opowieści.

Wspomniał Pan o wnuczkach, zatem muszą też być dzieci.

Są, a jakże (śmiech). Syn Piotr przez jakiś czas pracował w telewizji jako kierownik produkcji, a obecnie zajmuje się czymś zupełnie innym, niezwiązanym z artyzmem. Córka Ania skończyła psychologię, ale pracuje w agencji zajmującej się organizacją eventów. Ma dobry zmysł logistyczny, więc może nawiążemy współpracę, kiedy zakończy urlop macierzyński. Generalnie nie przepadam za dziećmi, ale swoje lubię, nawet bardzo (uśmiech).

Czas najwyższy wyprodukować coś dla młodszej widowni!

I mam taki pomysł. Chodzi mi po głowie jedna z baśni Andersena. Może jak uporam się z dwoma dużymi projektami, które światło dzienne powinny ujrzeć na jesieni.

Rozmawiał Marcin Kalita

wróć

Fotorelacje

37-lecie klubu Polonia Society of Korona, Inc.

W sobotni wieczór, 7 listopada, na słynnej już Polance, odbył się Bal Polonijny zorganizowany przez klub Polonia Society of Korona, Inc., podczas którego celebrowano 37-lecie istnienia tej organizacji. Fot. Facebook.com/ Polonia Society of Korona, Inc.

zobacz inne galerie

Galerie Video

Jasełka w Webster

Liturgiczny okres Bożego Narodzenia wieńczy Niedziela Chrztu Pańskiego. Uroczystość ta w bieżącym roku przypadła w niedzielę 10 stycznia. Uczniowie i nauczyciele Polskiej Szkoły Sobotniej przy parafii św. Józefa w Webster wybrali ten właśnie dzień na zaprezentowanie tradycyjnych polskich jasełek.

zobacz inne filmy

Kalendarium

Grudzień
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
  01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zobacz kalendarz

Realizacja: IdeoPowered by: CMS Edito

Wszelkie prawa zastrzeżone dla BiałyOrzeł24.com