Piotr Fronczewski Piotr Fronczewski....

Piotr Fronczewski: Sukcesy mnie nie budują

09-09-2014

W dzieciństwie marzył Pan o zostaniu taksówkarzem.

Samochody frapowały mnie od dziecka. I rzeczywiście jednym z moich pierwszych marzeń było zasiąść za kierownicą dużej żółtej ciężarówki.

Dlaczego akurat żółtej?

Bo żółte jest ładne (śmiech). Rodowód tego koloru sięga nowojorskich taksówek. Jako dziecko mieszkałem z rodzicami w starej przedwojennej kamienicy przy Wilczej w Warszawie, w której była jeszcze kuchnia opalana węglem. Stała tam skrzynia na ów węgiel. I to było moje pierwsze stanowisko kierownicze. W tę pakę było nawbijane sporo gwoździ. To była deska rozdzielcza. Za kierownicę służył mi duży talerz od serwisu porcelanowego. Siadałem na taborecie i wyruszałem w drogę, kierowałem, zmieniałem biegi i warczałem (śmiech).

Na szczęście został Pan jednak aktorem i swoje pierwsze kroki na scenie stawiał już jako kilkuletni chłopiec w Teatrze Syrena, w którym pracował z kolei Pana ojciec.

Tak to się właśnie zaczęło. Dziwne zrządzenie losu. Ojciec pracował jako szef organizacji widowni. W owym czasie odbywały się w okresie świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku zabawy choinkowe dla dzieci pracowników. Z tą różnicą, że wówczas święty Mikołaj miał szlaban. Był za to Dziadek Mróz. I żeby otrzymać od niego prezent trzeba było powiedzieć wierszyk, coś zaśpiewać, zatańczyć.

Ale przecież nie był Pan jedynym dzieckiem pracownika. Jak to się stało, że to właśnie mały Piotruś zwrócił szczególną uwagę tych, którzy stali się rodzicami chrzestnymi jego przyszłej drogi zawodowej?

A któż to może wiedzieć. Na jednej z takich zabaw była obecna, pamiętam do dziś nazwisko, pani Jola Michalewicz, redaktorka ówczesnej Telewizji Polskiej w redakcji dziecięcej. Spodobał się jej szczególnie chłopiec w krótkich portkach i dzięki temu wylądowałem w jakimś programie telewizyjnym. Później zacząłem już obsługiwać plan dziecięcy w dorosłych teatrach telewizji, w rozpoczynających wówczas swoją karierę teatrach sensacji „Kobra”.

Jako dwunastolatek po raz pierwszy stanął Pan także na prawdziwym planie filmowym.

Konsekwencją udziału w dziecięcych audycjach telewizyjnych było pojawienie się w moim życiu Stanisława Różewicza, który zaangażował mnie do swojego filmu „Wolne miasto”, opowiadającego o obronie Poczty Gdańskiej. Zagrałem tam Bogusia, syna jednego z poczciarzy. To dość istotny w tej opowieści epizodzik. Z tamtego czasu szczególnie zapamiętałem uroczego, ciepłego i pełnego zrozumienia reżysera, operatora Władysława Forberta i oczywiście moją filmową mamę Barbarę Rachwalską – wybitną aktorkę, którą miałem przyjemność spotkać po latach w Teatrze Narodowym już jako absolwent PWST. Ten film w owym czasie to była dla mnie oczywiście przygoda, zabawa. Pamiętam po zdjęciach z operatorem, szefem produkcji i aktorami grywałem w ping ponga. Taki mały człowieczek na planie jest czymś w rodzaju maskotki.

Jaka była reakcja Pana rodziców, kiedy po latach oznajmił im Pan, że wybiera się do szkoły teatralnej?

Ojciec nie był tym zachwycony. Z pewnością dlatego, że pracując w teatrze, znał to środowisko od podszewki. I miał po trosze rację. Zawód ten naprawdę potrafi być szpetny, niewdzięczny, w dużej mierze opiera się na szczęściu, jakbyśmy tego nie nazwali. W tym zawodzie, jeżeli jest się wymagającym w stosunku do siebie, są kiepskie lata, marne miesiące, złe tygodnie i tylko dobre dni.

Wspominaliśmy Pana dziecięce przygody z aktorstwem. Później to Panu często zdarzało się współpracować na planie z dziećmi.

Tak się jakoś potoczyło. Wszystko zaczęło się do nieśmiertelnego pana Kleksa, który już chyba nigdy mnie nie opuści.

Często robi mu Pan wyrzuty z powodu obfitej charakteryzacji. Obiecał Pan sobie, że po Kleksie nie da sobie przykleić nawet małych wąsików.

Rzeczywiście, do czasów pana Kleksa nigdy się nie kleiłem. Realizacja tych filmów kojarzy mi się głównie z dość ciężką i trudną charakteryzacją. Swoje apogeum osiągnęła, kiedy kręciliśmy „Podróże Pana Kleksa” w Erewaniu. Temperatura w okresie naszych zdjęć sięgała nawet 40 stopni. Byłem ubrany w perukę, wąsy, brwi, brodę, okulary, piegi. Poza tym dżinsowy frak, dżinsowe spodnie, kamizelkę i koszulę. Koledzy w t-shirtach i krótkich szortach. Nie ma sprawiedliwości panie Marcinie (śmiech).

Na ekranie często zdarzało się Panu błaznować. Warto wspomnieć choćby nadwornego Stańczyka w „Królowej Bonie”. Kiedyś powiedział mi Pan, że bliższe jest mu jednak serio niż buffo.

I nic się w tej kwestii nie zmieniło. Cały mój udział w powiedzmy szerokim horyzoncie buffo, czyli komedii, grotesce, farsie czy kabarecie jest naturalnym odruchem równoważenia smutków, splinów, wątpliwości i melancholii. Do historii przeszły już czasy aktorów szekspirowskich czy molierowskich. Aktor, żeby być czytelnym dla widza, musi próbować „żyć” w różnych formach.

Zupełnie niedawno użył Pan o sobie słów „czuję się stary i niepotrzebny”. Przepraszam, komu?

Nawiedzają mnie takie myśli. Mam wrażenie, że podaję już tylko piłki z autu. Może to zbyt radykalne stwierdzenie, ale zawsze miałem podwyższony poziom autokrytycyzmu i męczący przyrodzony sceptycyzm. Mimo to wydaje mi się, że oceniam swoją rzeczywistość w sposób właściwy. Co nie znaczy, że w tym niewdzięcznym zawodzie człowiek gra i uczy się do końca, ale warto wiedzieć, kiedy ze sceny zejść.

Myśli Pan, że przyjdzie taki dzień, kiedy to nie aktorstwo, ale Pan z niego zrezygnuje?

Dopuszczam taką możliwość.

Jak na aktora przystało, zawsze dbał Pan o wyrazistość swojego ciała. Sport, choć nigdy nie uprawiał go Pan wyczynowo, towarzyszył mu od zawsze. Co prawda ciężko mi sobie wyobrazić Pana na zawodowej macie, ale zdarzyło się Panu założyć kimono…

Hahaha! Stare dzieje. Obok pana Kleksa to postać niemal historyczna i – jak to się dzisiaj mówi – kultowa. Zresztą pomysł Franka narodził się właśnie w okresie realizacji filmu „Akademii Pana Kleksa” i podczas nagrań muzyki i piosenek do tego filmu. Wyśmienity Andrzej Korzyński autorem i kompozytorem.

Po latach Franek powrócił już jako Pan Kimono. Myśli Pan, że i dziś miałby on rację bytu?

Nie sądzę. Zostawmy go takim, jakim był i jest do tej pory. Kiedyś przeczytałem opinię jednego z czołowych polskich raperów, który był łaskaw powiedzieć, że Franek Kimono był właściwie prekursorem polskiego rapu.

Pana nieodłącznym atrybutem jest noszony na małym palcu prawej ręki sygnet. Wiem, że długie lata był to sygnet Pana ojca, który kiedyś Panu skradziono i od tamtej pory zastąpił go pierścień Atlantów.

Siłą przyzwyczajenia chciałem to puste miejsce czymś wypełnić.

Wierzy Pan w jego cudowne właściwości?

Raczej nie. Spodobała mi się jego forma. Wiem, że ma swój rodowód i legendę sięgającą czasów antycznych. Podobno też siłę sprawczą.

Czyta Pan horoskopy?

Czasami dla zabawy. Choć nie wykluczam, że horoskop oparty o firmament zabudowany różnymi świecidełkami coś w sobie ma. Jak mówią ludzie mądrzy, wszystko co istnieje we wszechświecie, jest połączone siecią zależności. W chińskim systemie zodiakalnym jestem Psem. Kiedyś, zupełnie przypadkiem, wpadł mi ów horoskop w ręce i szczerze mówiąc, kiedy go przeczytałem, resztki włosów na głowie mi się zjeżyły. Ten rodzaj syntezy osobowościowo-psychologicznej był ze mną niezwykle zbieżny. Nie powiem, trochę mnie to zastanowiło.

Ale jak widać, nie taki pies straszny, jak go malują. Natomiast w tym nam bliżej znanym horoskopie napisano, że osoby urodzone 8 czerwca nie są odporne na porażki.

Ooo, to się zgadza. Przypisywane mi – nazwijmy to umownie – sukcesy zupełnie mnie nie budują. Przyjmuję je z pewnym dystansem, pokorą i podejrzeniem, czy aby mnie z kim nie mylą (śmiech). Natomiast wszelkie niepowodzenie kompletnie wywala mnie na plecy, po prostu rujnuje. Pozbawia chęci do życia i pracy.

Rozmawiał Marcin Kalita

wróć

Fotorelacje

37-lecie klubu Polonia Society of Korona, Inc.

W sobotni wieczór, 7 listopada, na słynnej już Polance, odbył się Bal Polonijny zorganizowany przez klub Polonia Society of Korona, Inc., podczas którego celebrowano 37-lecie istnienia tej organizacji. Fot. Facebook.com/ Polonia Society of Korona, Inc.

zobacz inne galerie

Galerie Video

Jasełka w Webster

Liturgiczny okres Bożego Narodzenia wieńczy Niedziela Chrztu Pańskiego. Uroczystość ta w bieżącym roku przypadła w niedzielę 10 stycznia. Uczniowie i nauczyciele Polskiej Szkoły Sobotniej przy parafii św. Józefa w Webster wybrali ten właśnie dzień na zaprezentowanie tradycyjnych polskich jasełek.

zobacz inne filmy

Kalendarium

Grudzień
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
  01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zobacz kalendarz

Realizacja: IdeoPowered by: CMS Edito

Wszelkie prawa zastrzeżone dla BiałyOrzeł24.com