Adam Ferency aktor Adam Ferency. Fot....

Adam Ferency: Byłbym kiepskim Sherlockiem Holmesem

08-21-2014

Urodził się 5 października 1951 roku w Warszawie. PWST ukończył w 1976 roku. Aktor teatrów warszawskich: Na Woli (1976-1988), Współczesnego (1981-1994), a od 1994 roku związany z Teatrem Dramatycznym. Członek Polskiej Akademii Filmowej. Wystąpił m.in. w takich filmach i serialach jak: „Akcja pod Arsenałem”, „Przesłuchanie”, „Matka Królów”, „Nadzór”, „Zmiennicy”, „Bank nie z tej ziemi”, „Pułkownik Kwiatkowski”, „Dom”, „Boża podszewka”, „Złotopolscy”, „Fuks”, „Kryminalni”, „Niania”, „Jasminum” czy „M jak miłość”.

Jednym z pierwszych filmów, w którym wziął Pan udział, były „Zdjęcia próbne”. Tak właśnie będąc jeszcze w szkole wyobrażał Pan sobie przesłuchania do roli?

Szczerze mówiąc zdjęcia próbne znam bardzo słabo. Właściwie tylko raz w życiu wziąłem w nich udział do filmu Kazimierza Karabasza „Wędrujący cień”. Było to na początku mojej drogi zawodowej. Drugi raz zdarzyło mi się to dopiero przy serialu „Niania”, ale wtedy zdjęcia próbne zastąpiono modnym dziś słowem casting.

Do „Niani” jeszcze powrócimy.

Bardzo proszę.

Pierwsze kroki przed kamerą stawiał Pan w serialu „07 zgłoś się”.

To prawda. Zagrałem wtedy milicjanta, ale szczerze mówiąc słabo to pamiętam.

Jak na przesłuchanie przystało, zasłania się Pan niepamięcią, ale w tym przypadku chodzi mi o mundur. Ciągnie się on za Panem przez całą karierę. Prócz moro zdarzało się Panu przywdziewać także sutanny, habity i kitle.

W mundurze rzeczywiście zagrałem kilka razy. Obecnie gram w nim na scenie Teatru Dramatycznego w „Trzech siostrach” Czechowa. Ale fartuch lekarski? Nie pamiętam.

Choćby w „Zderzeniu” Grzegorza Skurskiego czy „Diabelskiej edukacji” Janusza Majewskiego.

Muszę przyznać, że wymienione tytuły niewiele mi mówią. Niestety zdarza mi się to coraz częściej (uśmiech). Ale wierzę panu na słowo.

Tymi służbowymi wdziankami chciałem nawiązać do wspomnianego przez Pana serialu „Niania”, w którym na dłuższą chwilę wbił się Pan w strój kamerdynera Kondzia.

Ta chwila trwała bodaj cztery lata. To była fantastyczna przygoda.

Na planie było równie śmiesznie jak na ekranie?

Wydaje mi się, że momentami poza kamerą bywało nawet zabawniej. Przy tej produkcji pracowała naprawdę świetna i zgrana ekipa. Reżyser Jurek Bugajewicz wychodził z założenia, że trzeba się bawić tym, co się robi. Nawet dobrze nam to wychodziło.

Był to chyba jeden z bardziej udanych seriali komediowych ostatnich lat. Panu jest bliższe to buffo czy raczej serio?

Zawsze mi się wydawało, że mam smykałkę do buffo, ale jestem raczej osamotniony w tym przekonaniu. Nawiązując jeszcze do „Niani”, to wydaje mi się, że mój kamerdyner był lepszy, a z pewnością ciekawszy, od amerykańskiego pierwowzoru.

Dwukrotnie, w fabularnej „Weryfikacji” i serialu „M jak miłość”, zagrał Pan redaktora naczelnego. Przez lata obserwując poczynania detektywa Marcela w „Złotopolskich”, można by pokusić się o stwierdzenie, że byłby Pan świetnym dziennikarzem śledczym.

Nie mam ku temu najmniejszych predyspozycji. Uważam, że kogoś podejmującego się rozwiązywania zagadek kryminalnych musi cechować umysł szachisty. Ze mnie byłby kiepski Sherlock Holmes (uśmiech).

Lubi Pan zwierzęta?

Tak, szczególnie koty. Kiedyś byłem strasznym kociarzem. Miałem ich kilka w życiu. Teraz jestem już za stary na zwierzaki. Żyją one znacznie krócej od nas, a odejście każdego tego typu domownika jest dla nas smutnym doświadczeniem i sporym przeżyciem. Wystrzegam się więc tego typu negatywnych emocji.

Jest Pan uznanym aktorem dubbingowym i wcielił się Pan m.in. w tresera koni, opiekuna słonia, był kucykiem, pingwinem i ukochanym misiem Yogi.

Strasznie się namordowałem z tym misiem. Yogi to w końcu postać bardzo popularna. Znany jest też jego specyficzny sposób mówienia. Bardzo pomógł mi w tej pracy reżyser dubbingu Jarek Boberek, który jest w tej sferze znakomitym fachowcem. Jestem mu za to niezmiernie wdzięczny. Uważam, że dubbing to doskonały sposób podtrzymywania formy, refleksu i umiejętności mówienia. To bardzo dobra zabawa warsztatowa.

Gra Pan w teatrze, filmie, telewizji, radiu. Podkłada Pan głosy postaciom, a także reżyseruje. Która z tych form jest najbliższa Pana sercu?

Przede wszystkim jestem aktorem teatralnym i tutaj czuję się najlepiej. Proces tworzenia efektu końcowego, jakim jest przedstawienie, jest najbardziej wszechstronnym i umożliwiającym wejrzenie we własne wnętrze. W teatrze jest odpowiedni czas i aura na to, by jak najlepiej poznać samego siebie.

W tym roku mija dwadzieścia lat, od kiedy związał się Pan z Teatrem Dramatycznym. Szykuje się jakiś benefis?

Jestem daleki od świętowania jakichkolwiek rocznic. I bez nich zdaję sobie sprawę, że z każdym rokiem jestem bliższy dziada, więc nie ma się z czego śmiać.

A gdyby tak dyrekcja zechciała Panu przygotować podobną niespodziankę?

Skutecznie bym ją od tego odwiódł. Kiedy mam ochotę spotkać się z kumplami, to biorę za telefon i umawiamy się w knajpie.

Jest Pan zodiakalną Wagą. Często się Pan waha lub bywa… niezrównoważony?

Jeśli ktoś pracuje w teatrze, to musi być trochę niezrównoważony. To miejsce dla prawdziwych wariatów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zafundowałby sobie pracy w teatrze, która jest ciężką harówą. Oczywiście jeśli się ją traktuje poważnie.

A poza teatrem coś się szykuje, gdzie będzie mógł Pan zaprezentować się szerszej publiczności?

Niedawno swoją premierę miał spektakl telewizyjny „Skutki uboczne” w reżyserii Leszka Dawida. Po raz pierwszy z nim pracowałem. Bardzo miło wspominam to spotkanie, które uważam za bardzo udane. Z kolei na emisję czeka inna interesująca sztuka „Walizka” Wawrzyńca Kostrzewskiego. I to byłoby wszystko jeśli chodzi o inne medium niż teatr. Z filmu nie mam na razie żadnych propozycji, a seriali staram się unikać. Są zbyt bardzo absorbujące czasowo. Jestem też tuż po premierze sztuki Julka Machulskiego „Machia” w Teatrze Starym w Lublinie. Jest ona poświęcona osobie Niccolo Machiavellego, którego 545. rocznica urodzin przypadła na dzień premiery spektaklu. Będziemy ją grywać także w Warszawie.

Więc właśnie, urodził się Pan w Warszawie i całe swoje życie wiązał z tym miastem. Nigdy Pana nie korciło, żeby spakować walizkę i zmienić swoje miejsce na ziemi?

W pewnym okresie życia byłem bardzo bliski wyjazdu do Wrocławia. Lubię to miasto i myślałem, że właśnie tam osiądę. Jednak nie wszystkie okoliczności złożyły się na to, żeby ta przeprowadzka stała się faktem. Jestem mało podróżującym człowiekiem, więc pewnie ta Warszawa już zostanie. Choć niezbadane są wyroki niebios (uśmiech).

Rozmawiał Marcin Kalita

wróć

Fotorelacje

37-lecie klubu Polonia Society of Korona, Inc.

W sobotni wieczór, 7 listopada, na słynnej już Polance, odbył się Bal Polonijny zorganizowany przez klub Polonia Society of Korona, Inc., podczas którego celebrowano 37-lecie istnienia tej organizacji. Fot. Facebook.com/ Polonia Society of Korona, Inc.

zobacz inne galerie

Galerie Video

Jasełka w Webster

Liturgiczny okres Bożego Narodzenia wieńczy Niedziela Chrztu Pańskiego. Uroczystość ta w bieżącym roku przypadła w niedzielę 10 stycznia. Uczniowie i nauczyciele Polskiej Szkoły Sobotniej przy parafii św. Józefa w Webster wybrali ten właśnie dzień na zaprezentowanie tradycyjnych polskich jasełek.

zobacz inne filmy

Kalendarium

Grudzień
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
  01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zobacz kalendarz

Realizacja: IdeoPowered by: CMS Edito

Wszelkie prawa zastrzeżone dla BiałyOrzeł24.com