Janusz Panasewicz, wokalista Lady Pank Janusz Panasewicz,...

Janusz Panasewicz, wokalista Lady Pank: Jesienią wydajemy nową płytę

07-21-2014

Urodził się 18 stycznia 1956 roku w Lipsku. Wokalista rockowego zespołu Lady Pank, z którym nagrał kilkadziesiąt płyt i wylansował dziesiątki przebojów. W marcu ukazała się jego druga solowa płyta, zatytułowana „Fotografie”. Związany z Ewą. Ma trzech synów, w tym sześcioletnie bliźniaki – Bruna i Julka.

Wreszcie! Po sześciu latach nagrałeś drugi solowy album. Co tak długo?

Pewnie gdyby nie naciski wytwórni i ta płyta by nie powstała (śmiech). Wydzwaniali za mną „Panas, nagraj coś w końcu”. Nie miałem na to ciśnienia, bo naprawdę mam co robić. Dzieciaki, dom, poza tym sporo gram z Pankami. Ale poszła w świat fama, że zbieram materiał. Dostałem mnóstwo kompozycji od ludzi, których nazwisk nie będę tutaj wymieniał. Załamałem ręce. Bo one w ogóle nie miały kończyn. Masakra jakaś. W końcu moja partnerka Ewa wpadła na genialny pomysł i powiedziała: „Zadzwoń do Johna Portera. Tyle lat się przyjaźnicie, lubicie tę samą literaturę”. Napisałem do niego, choć szczerze mówiąc nie liczyłem na pozytywny odzew, bo John jak dotąd nigdy nie dał nikomu swojej muzyki. Odpisał, że przecież ja jestem Lady Pank, a on takich rzeczy nie robi.

No ale Tobie właśnie chyba o to chodziło, żeby to nie był Lady Pank?

Dokładnie! Spodziewałem się dwóch, może trzech numerów. Ku memu zdziwieniu wysłał mi aż osiem kompozycji. Pomyślałem sobie „O cholera, przecież to jest już cała płyta”. Mogłem go poprosić, żeby dopisał jeszcze ze cztery kawałki, ale tego byłoby już za wiele. I tak złapałem Boga za nogi.

To dla Ciebie John zdradził Anitę!

Oszalałeś?! Darując mi tę muzę, zdradził przede wszystkim sam siebie (uśmiech). Pamiętam jego maila, w którym napisał mi mniej więcej tak: „Puśka Pandory została otwarta. Psiesiłam ci piosenki. Rób z nimi co chcieś. Jak się nie spodobają, prosie o zwrot do najbliźsiego sklepu”.

Dołączył paragon?

Nie, ale to już załatwimy między sobą (uśmiech). Siadłem nad tymi numerami z Kubą Galińskim, bardzo zdolnym, mój Boże, młodszym od mojego najstarszego syna, producentem. Stwierdził on, że jeśli zostawię to tak, jak jest, to będę… Johnem Porterem, a przecież płyta ma się nazywać Panas. Więc skoro dostałem tę muzę w prezencie, to postanowiliśmy dodać do niej trochę takich brzmień, żebym i ja się czuł w niej dobrze.

Podobało mu się to, co zrobiłeś z jego twórczością?

Otóż nie (śmiech). Powiedział, że za dużo muzyki. Podobało mu się natomiast to, o czym śpiewam. Mam jednak nadzieję, że z czasem oswoi się z tym i wybaczy mi te obrzydliwości, które nagrałem (uśmiech).

Więc o czym śpiewasz?

Pisząc te teksty, przelałem na papier to, co mi w danym momencie w serduchu grało. Zrobiłem to najlepiej jak umiałem. Nie jestem pisarzem, a tym bardziej filozofem, żeby kogoś pouczać. To są po prostu moje historie. Mam już swoje lata, więc jest w nich sporo autorefleksji. Śmieję się z samego siebie śpiewając „siedzę sobie na strychu i łykam po cichu”. Kilka razy jest też trochę ostrzej. Pisałem obserwując sąsiadów, co do mnie mówią. Z kolei piosenka „Do góry głowa przyjacielu” to opowieść o bliskim mi człowieku, bardzo znanym aktorze. Bez nazwisk (śmiech).

Pozostaje nam wsłuchać się w teksty.

I tak każdy zinterpretuje je na swój sposób.

Wróćmy w takim razie do Twojego podstawowego składu. Lady Pank to ewenement na polskim rynku muzycznym. Jesteście jednym z najdłużej, z krótkimi przerwami, grającym zespołem. Z moich obserwacji wynika, że najczęściej składy opuszczały wokalistki. Wspomnę choćby rozwody Małgosi Ostrowskiej z Lombardem czy Kory z Maanamem. Na czym polega wasz fenomen?

Na tym, że nie jestem ani Gośką, ani Korą (śmiech).

To prawdziwa przyjaźń czy męska solidarność?

Myślę, że wszystkiego po trochu. Często sobie siadamy i obgadujemy wszelkie sprawy, bez ściemy. Mówimy co nas boli, co nam się nie podoba. Skoro tak dobrze czujemy się ze sobą towarzysko, to i czasem jakaś płyta nam z tego wyjdzie (uśmiech). Po prostu lubimy się i szanujemy jako ludzie. Uważam, że granie w zespole to wielka sztuka. Solista ma swój fortepian czy inny instrument i tyle. My wiemy, że jeśli nawet padają mocne, gorzkie słowa, to one są po coś. Ostatnio pokłóciłem się z naszym basistą, ale odchodząc od stołu, podszedłem do niego, przeprosiłem i pocałowałem w łysinę. My po prostu nie zajmujemy się duperelami. Każdy z nas za drugim skoczyłby w ogień.

Ostatnio głośno zrobiło się wokół Budki Suflera, która po 40 latach wspólnego grania ogłosiła zakończenie kariery. Wam stuknęło zaledwie osiem mniej. Mam nadzieję, że wbrew waszej ostatniej płycie zatytułowanej „Maraton”, do mety jeszcze nie dobiegliście?

Ależ skąd! Po wakacjach nagrywamy nowy materiał. Jest już sześć numerów. Reszta powinna być gotowa do połowy lata i jesienią wydajemy jako Lady Pank.

Macie na swoim koncie ponad 20 płyt. Niektórzy grający dłużej, nie mogą poszczycić się taką bogatą dyskografią.

Jesteśmy bardzo energetycznym zespołem. Poza tym Janek to bardzo płodny twórca.

Ty również!

Chciałeś mi dokuczyć? Trochę jestem (śmiech). Mam cudowne, sześcioletnie bliźniaki i bardzo je lubię. Powiem nawet, że kocham!

Do rodziny wrócimy za chwilę. Chciałbym jeszcze pozostać przy twórczości zespołu. Dziesiątki numerów Lady Pank to prawdziwe przeboje. Masz takie, które są szczególnie bliskie Twemu sercu?

Oczywiście, że tak. I wbrew pozorom nie są to przeboje, które śpiewa kolejne pokolenie, czyli „Mniej niż zero”, „Kryzysowa narzeczona” czy „Fabryka małp”. W moim kręgosłupie najbardziej mi drgają „Zamki na piasku”, „Sztuka latania” i „Zostawcie Titanica”.

Te tytuły mają wspólny mianownik – niepewność i smutek.

A słyszałeś kiedyś wesołą piosenkę Lady Pank, Budki Suflera czy Republiki? Wszystkie są smutne. W naszym przypadku może poza jedną „Słońcem opętani”, którą pisałem dosłownie na kolanie.

Reszta powstała na plecach?

Hahaha (śmiech)! Byliśmy wtedy w trakcie sesji nagraniowej. Brakowało nam jednego numeru. A tu czas w studio się kończy. Chłopcy poszli na obiad, a Leszek Kamiński, który był realizatorem materiału zapytał mnie, czy napiszę coś na szybko. Było lato, też mi się spieszyło na urlop, a ponieważ od zawsze fascynował mnie film „Spaleni słońcem”, wyskrobałem „opętanych”. I proszę, inni siedzą nad tekstem godzinami, a mnie wystarczyło pięć minut i stworzyłem hit (uśmiech).

Rozumiem, że lubisz słońce?

Chodziło mi raczej o sztukę rosyjską. Żałuję, że nie znam rosyjskiego, ale doskonale rozumiem ich twórczość. Uwielbiam rosyjską literaturę. Zauważ, że Rosja ma na swoim koncie najwięcej literackich Nobli.

Putina też lubisz?

Nie i podejrzewam, że nigdy nie będzie on moim przyjacielem. Ale nie gadajmy o polityce, bo zaczyna mnie mdlić.

Zatem wróćmy do rodzinnych klimatów. Kiedy w latach osiemdziesiątych nagrywałeś płytę do filmu animowanego „Jacek i Placek”, podejrzewałeś że kiedyś spotka Cię to w życiu naprawdę?

Nie, nigdy. Kiedy Ewa wyznała mi, że jest w ciąży, powiedziałem „W porządku”. A ona do mnie: „Nic nie rozumiesz, będą dwa”. Nie ukrywam, że byłem trochę przerażony. Kilka nocy nie przespałem, rozmyślając jak to będzie i czy sobie poradzę.

Pewnie inne emocje Tobą targały, kiedy rodził się Twój pierworodny?

Zdecydowanie. Wojtek urodził się jeszcze przed Lady Pank. Miałem wtedy dwadzieścia kilka lat, byłem w wojsku. Zupełnie inaczej patrzyłem na świat. Teraz dojrzałem o te parę lat (śmiech).

Jakim ojcem jesteś dla bliźniaków? Grasz z nimi w piłkę?

Oczywiście, choć oni grają lepiej ode mnie. Byłem dobrze zapowiadającym się piłkarzem. Gdy przyszła muzyka, sport odstawiłem na bok. Ale nie mogę się nadziwić, że dziś nikt nie gra tak dobrze jak ja dwadzieścia osiem lat temu. I odziedziczył to po mnie Bruno, który na moje nieszczęście trafi do Legii. Grozi mu kariera piłkarska. Zresztą nie ma się czemu dziwić, skoro urodził się w szpitalu na Czerniakowskiej, tuż obok stadionu. Julek jest inny. Na tę chwilę nie potrafię powiedzieć, czy pójdzie w muzę, czy zostanie inżynierem. Chłopcy w ogóle bardzo się od siebie różnią.

Jak to bliźniaki.

Zgadza się (uśmiech).

Synowie lubią słuchać Twoich piosenek?

Z tej najnowszej płyty, o dziwo, najbardziej lubią numer „Tępy nóż”. Ciągle śpiewają „Szósta rano, jestem sam. Znowu krew na rękach mam”. Kiedyś jedna z dziennikarek zapytała mnie, czy to jest kawałek o słynnym Mariuszu T. Rzuciłem do niej: „Cooo?! Napisałem tę piosenkę, zanim stał się on tak sławny”. Oczywiście w złym tego słowa znaczeniu. I wcale, mówiąc o nim, nie jest mi do śmiechu.

Rozmawiał Marcin Kalita

wróć

Fotorelacje

37-lecie klubu Polonia Society of Korona, Inc.

W sobotni wieczór, 7 listopada, na słynnej już Polance, odbył się Bal Polonijny zorganizowany przez klub Polonia Society of Korona, Inc., podczas którego celebrowano 37-lecie istnienia tej organizacji. Fot. Facebook.com/ Polonia Society of Korona, Inc.

zobacz inne galerie

Galerie Video

Jasełka w Webster

Liturgiczny okres Bożego Narodzenia wieńczy Niedziela Chrztu Pańskiego. Uroczystość ta w bieżącym roku przypadła w niedzielę 10 stycznia. Uczniowie i nauczyciele Polskiej Szkoły Sobotniej przy parafii św. Józefa w Webster wybrali ten właśnie dzień na zaprezentowanie tradycyjnych polskich jasełek.

zobacz inne filmy

Kalendarium

Grudzień
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
  01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zobacz kalendarz

Realizacja: IdeoPowered by: CMS Edito

Wszelkie prawa zastrzeżone dla BiałyOrzeł24.com