Debiut Edwarda Bolca we Francji

10-20-2015

Edward Bolec Edward Bolec jest...
Pierwszy śnieg w Rzeszowie Siecle 21 Francuski periodyk...
Pierwszy śnieg w Rzeszowie Siecle 21 Wśród...

Francuski periodyk literacki Siecle 21 (Wiek 21), ukazujący się dwa razy w roku, w numerze 27 (Automne – Hiver 2015) poświęca 100 stron współczesnej prozie polskiej.

Wśród zamieszczonych tekstów, m. in. takich autorów jak Joanna Bator, Marek Bieńczyk, Wojciech Kuczok, Wiesław Myśliwski, Jerzy Pilch, Andrzej Stasiuk, Olga Tokarczuk, znalazły się także obszerne fragmenty opowiadania „Pierwszy śnieg w Rzeszowie”, którego autorem jest nasz redakcyjny kolega, reporter i pisarz – Edward Bolec. Opowiadanie to zostało opublikowane w ostatniej książce Edwarda Bolca „Facet z nocy” – wydanej przez autora w 2012 r. w Polsce. Gratulujemy autorowi sukcesu!

Poniżej publikujemy fragment tego tekstu.

opr. we


Pierwszy śnieg w Rzeszowie (fragment)

W blasku ulicznej lampy, porywane podmuchami wiatru, wirowały bezładnie w powietrzu białe płatki, jak porażone światłem nocne ćmy. W dół, do góry, znowu w dół i jeszcze raz do góry, ale już niżej, do ziemi, do asfaltu. Pierwszy polski śnieg po dwunastu latach. Przez co najmniej tak długi okres czasu nie zdarzyło mi się przyjechać do Rzeszowa zimą. Przybywałem latem, jak większość Polaków mieszkających za granicą. Ale w tym roku wszystko jest inaczej. Zjawiłem się w marcu i – jak na razie – nie wybieram się nigdzie. Ludzie pewnie mówią, że wróciłem na stare śmieci. I mają rację. Za kilka dni skończy się listopad, a ja wciąż tu jestem.

Rano, z balkonu, wzgórza Zalesia, Białej, Matysówki i Słociny, przykryte kilkucentymetrowym śniegowym pledem, wyglądały w słońcu jak stoki górskiego uzdrowiska. Za chwilę pojawią się na nich pierwsi narciarze, pomyślałem, patrząc na niezalesione zbocza. Pod śnieżnobiałą szadzią zniknęła późnojesienna szarość pozbawionych liści drzew, rozciągający się przede mną krajobraz małych zagajników i otwartej przestrzeni jakże odmienny był od barwnego, rozedrganego tłumu na wiktoriańskich ulicach dzielnicy South End w Bostonie, jakże różnił się od dekadenckiego Placu Harvarda, pełnego wyluzowanych, pewnych siebie studentów, bladych, zakolczykowanych po dziurki w nosach punków, zblazowanej harvardzkiej cyganerii i japońskich turystów podekscytowanych byle bezdomnym, zameldowanym na stałe na chodniku przed kultową księgarnią Harvard Book Store w Cambridge.

Po trzech, czterech tygodniach wpatrywania się w górujące nad Rzeszowem od południowego wschodu owe podmiejskie suburbia, gdzieniegdzie zabudowane ledwo widocznymi wśród drzew domami, po wypadach na Olszynki, wędrówkach ogołoconymi ze wszystkiego co zielone brzegami Wisłoka na Lisią Górę; po codziennym szlifowaniu nowego bruku na odpicowanej na wysoki połysk ulicy 3 Maja i spotkaniach z kolegami literatami w ogródku piwnym Va Banku w Rynku, szedłem ostatni raz do parku w Olszynkach zobaczyć po drugiej stronie rzeki starą wierzbę, której już tam od dawna nie było, z konarami opadającymi do lustra wody i pokrytymi szczelnie srebrzącymi się w słońcu, podłużnymi listkami już tylko w mojej wyobraźni; dotykałem dłonią kory jednej z ogromnych topoli stojących rzędem na odwiecznej warcie wzdłuż Olszynek, pakowałem kilka butelek Soplicy i suchą Krakowską do walizek, zamykałem dom na cztery spusty i dwie Gerdy – i po przesiadce we Frankfurcie lądowałem w Bostonie, by następnego dnia zanurzyć się po uszy w tamten inny, wciąż nowy dla mnie świat, chociaż blisko pół dorosłego życia spędziłem w Stanach.

Jeżeli nie znasz do końca zasad gry w amerykański football czy baseball, nie nawijasz z bostońskim akcentem mieszkając w tym mieście, a w domu ścinasz się z żoną lub kobietą, z którą spędziłeś noc, w waszym nieznanym sąsiadom zza ściany języku, to zapomnij, że kiedykolwiek zrozumiesz ten kraj. Możesz być wybitnym fachowcem, zarabiać sześciocyfrowe sumy w firmie, gdzie pracujesz lub na nowojorskiej giełdzie, możesz mieć (i zwykle masz) dzieci, które kaleczą język polski, możesz chodzić na gogo i browar z kumplami z biura, możesz nosić w kieszeni jankeski paszport, zadeklarować się jako demokrata lub republikanin i głosować zgodnie z twoimi przekonaniami lub nie – lecz za każdym razem po wyjściu z domu, choćbyś mieszkał w apartamencie przy Piątej Alei naprzeciwko Central Parku, poczujesz się jak przybysz z odkrytej właśnie nowej Supernowej, który za karę został zesłany na odległą planetę o nazwie Ziemia. Nie wiesz, w którą iść stronę, dookoła sami obcy ludzie, zupełnie do ciebie niepodobni, jesteś dla nich jak powietrze, czyste przeźroczyste, idą z naprzeciwka, przechodzą przez ciebie, tratują twoje ciało, odczuwasz horrendalny ból, a oni idą dalej, jakby się nic nie stało, jakby nie pobrudzili sobie butów na tobie...

Kiedy krwawisz tak mocno, że już żaden amerykański konował, żaden amerykański drug nie potrafią wszczepić ci choćby działkę życia, podejmujesz ostateczną decyzję. Słaniasz się na nogach, ale jakimś cudem doczołgujesz się do polish travel agency i kupujesz bilet w jedną stronę. Potem wysyłasz sto paczek, samochód, jak cię na niego stać, ale przeważnie ledwo ci starcza na one way ticket, wypijasz ostatniego drinka z tymi, którzy jeszcze zostają, bo nie mają do czego wracać, a następnie bierzesz taxi do Logan lub innego airport.

I gdy już jesteś na miejscu, okazuje się, że nieuleczalna lues, którą złapałeś na drugiej półkuli, rozwija się nadal. Teraz wpadasz w kolejny dołek, a nawet głęboką rozpadlinę, nic nie jest tak, jak było kiedyś, twój świat stanął do góry jajami i kręci się w coraz bardziej obłąkanym tempie. Zaczyna działać anatema rzucona na imigrantów przez jednego z wodzów indiańskich. Przynajmniej tak słyszałeś, przed wyjazdem od tych, którzy odradzali ci powrót. Kiedy jeszcze ciebie nie było na tym pieprzonym świecie, a tym bardziej w tamtym, Nowym Świecie, a byli tam Indianie, bawoły oraz bezkresne prerie, i nagle zaczęły pojawiać się blade twarze, ten czerwonoskóry szaman wpienił się obłędnie na obcych przybłędów i przeklął, podobno, nadciągającą białą szarańczę z całego świata, która w ekspresowym tempie oblepiała, wyżerała i wkrótce wyrżnęła niemal do zera bawoły oraz członków jego i innych indiańskich szczepów, a niedobitki izolowała w rezerwatach istniejących do dzisiaj. Wódz życzył im (czyli także nam, włóczęgom znad Wisły) z całego serca, aby już nigdy w życiu nie znaleźli się w miejscu, o którym będą mogli powiedzieć, że są nareszcie u siebie, w domu, nawet wtedy, gdy opuszczą Stany i wrócą do krajów, skąd przybyli.

Apokryf nie jest tylko fascynującą legendą, którą opowiada się jak dobry kawał przy stole. Apokryf działa, wnika podstępnie w mózg reemigranta przyjeżdżającego do opuszczonego kiedyś domu, jak kleszcze w skórę w głogowskim lesie podczas zbierania grzybów. Tu przecież wciąż trwa odwieczna polsko-polska wojna, topory już stępiałe, więc chociaż trup nie ścieli się gęsto, to ciosy nimi zadane są niezmiernie bolesne. Zostawiają otwarte rany, które nie goją się szybko, czasem nie goją się wcale, bo zadane ręką bliskich, nie obcych ci ludzi, na których trafiałeś tam, za wielką wodą. W pewnym momencie łapiesz się na myśli o ponownym wyjeździe, już na zawsze, tu się nie da żyć, mówisz sam do siebie, próba powrotu okazała się falstartem, nie zostałem zaakceptowany przez najbliższych, ten kraj, rozdrapany, rozebrany, rozparcelowany przez obcych, którym pomogli sami swoi, idzie na dno, ratuj się kto może, nie zostało wiele czasu.

Edward Bolec

wróć

Fotorelacje

37-lecie klubu Polonia Society of Korona, Inc.

W sobotni wieczór, 7 listopada, na słynnej już Polance, odbył się Bal Polonijny zorganizowany przez klub Polonia Society of Korona, Inc., podczas którego celebrowano 37-lecie istnienia tej organizacji. Fot. Facebook.com/ Polonia Society of Korona, Inc.

zobacz inne galerie

Galerie Video

Jasełka w Webster

Liturgiczny okres Bożego Narodzenia wieńczy Niedziela Chrztu Pańskiego. Uroczystość ta w bieżącym roku przypadła w niedzielę 10 stycznia. Uczniowie i nauczyciele Polskiej Szkoły Sobotniej przy parafii św. Józefa w Webster wybrali ten właśnie dzień na zaprezentowanie tradycyjnych polskich jasełek.

zobacz inne filmy

Kalendarium

Grudzień
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
  01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zobacz kalendarz

Realizacja: IdeoPowered by: CMS Edito

Wszelkie prawa zastrzeżone dla BiałyOrzeł24.com